deux
Chłodny wiaterek wpadł do skąpanego w porannym słońcu pokoju. Pomieszczenie było niewielkie za to bardzo przytulne. Ściany pomalowane na kolor dojrzałej cytryny odbijały promienie na pogrążoną w głębokim śnie twarz dziewczyny. Jej liczne piegi jak złoto mieniły się w wschodzącym słońcu.
Ciepłe promienie zdążyły już oświetlić dębowe biurko pod oknem, na którym leżały równo poukładane nowe jeszcze niezapisane zwoje pergaminów. Trzy opasłe tomy, z których pierwszy miał zgnice zielnoą okładke, na której złote litery układały się w tytuł
Magia dla zaawansowanych. Biała spalona do połowy świeca stała na brązowym spodeczku, na którym leżał zaschnięty wosk. Na biurku stał również kryształowy wazon z bukietem polnych kwiatów, które dzień wcześniej Charlotta zerwała dla dziewczyny z okazji jej powrotu. Słońce wzeszło już tak wysoko, że można było dostrzec srebrzystą pajęczynę utkaną w rogu żółtej ściany. Pośrodku pokoju stało małe łóżko zbudowane z jasnego drewna. Opracie jego ozdobione było wystruganymi z wielką dokładnością i precyzją baletnic w tańcu. W białej jak śnieg pościeli leżała nastoletnia dziewczyna. Jej rude, kręcone włosy w nieładzie spoczywały na puszystej poduszce. Lekko zaróżowione od słońca policzki wykrzywione były w grymasie, a w kącikach oczu pojawiły sie małe zmarszczki. Za wszelką cene próbowała pozostać w krainie marzeń i snu. Z niezadowoleniem obróciła się na prawy bok i wtuliła twarz w poduszkę. Tuż obok łóżka stała mała drewniana szafeczka, biała w różowe kwiaty. To właśnie w jej jedynej szufladzie Natalie trzymała rzeczy najbliższe srecu, przedmioty należące niegdyś do jej matki. Na blacie owej szafeczki stały trzy zdjęcia, z których każde oprawione było w inną ramkę. Zdjęcia te były niezwykłe z dwóch powodów. Pierwszym z nich było to, że postacie na nich poruszały się, najzwyczajniej w świecie
żyły. Drugim, był ich niesamowiy koloryt, co na tamte czasy było wielką nowością.
Pierwsza, najbliższa jej głowy, była kremowa i wyglądała na bardzo starą i zniszczoną. Obraz w niej przedstawiał trzy osoby. Młodego mężczyznę o bladej niczym śnieg twarzy i brązowych włosach, które figlarnie opadały mu na zielone oczy. Jego pełne, krwiście czerwone usta otwarte były w niemym śmiechu. Opiekuńczym ramieniem obejmował niewiele młodszą od siebie kobietę o prostych płomienno-rudych włosach. Jej wielkie wyłupiaste, błekitne oczy wyróżniały się na tle piegowatej twarzy. Kobieta w swych chudych ramionach trzymała zaledwie kilkuletnią dziewczynkę, która w uśmiechu eksponowała swoje dwa bialutkie ząbki. Dziewczynka była prawdziwą córką swoich rodziców. Jej rude, kręcone włoski okalały pyzatą, jasną buzię. A duże błękitne oczy idealnie współgrały z czerwonymi ustkami.
Druga ramka, jak i zdjęcie w niej, wyglądała na niceco nowsze. Była ona cała zielona i można by pomyśleć, że wykonana została z trawy. Szczupła, dwudzistoparoletnia kobieta o ciemnych niczym noc włosach, na których spoczywał duży, słomkowy kapelusz; stała wraz z nastoletnią dziewczynką pośrodku pola pełnego słoneczników. Kobieta miała wyraźne kości policzkowe, długi szpiczasty nos i wąskie, malinowe usta. Ubrana w poszarpane wykonane z kolorowego materiału rybaczki, co chwila ściągała słomkowy kapelusz i zakładała go na głowę dziewczyny, z której nieustannie się suwał załaniając jej duże, błękitne oczy. Jedenastolatka trzymała w bladej dłoni parę słoneczników, a całą jej piegowatą buzię zdobił nieodłączny szeroki uśmiech.
Na trzecim z kolei zdjęciu była trójka nastolatków. Dwie dziewczyny i chłopak stali pod żelazną, wysoką na pareset metrów wieżą Eiffla w Paryżu. Jedna z dziewczyn była to ta sama rudowłosa, która pojawiła się na dwóch pozostałych zdjęciach. Jej twarz po raz kolejny zdobił ten sam szczery uśmiech. Druga dziewczyna i chłopak byli do siebie łudząco podobni. Oboje mieli te same szmaragdowe oczy i jasne włosy z tą różnicą, że włosy dziewczyny były długie i kręcone, a chłopaka proste i sięgały zaledwie do podwójnego podbródka. Jasnowłosa dziewczyna była cała w skowronkach, aż promieniała szczęściem, a jej mały nosek marszczył się przy tym odrobine. Cała trójka stała wtulona w siebie pod czarnym parasolem, który ostry wiat usiłował im prować.
Dziewczyna na łóżku obruciała sie na plecy. Lewą dłonią błądziła po szafce nocnej w poszukiwaniu zegarka na ręke. Długimi chudymi palcami chwyciła czarny zegarek i ku jej przerażeniu wskazówki ustawione były na godzinie dziewiątej dziesięć. Natychmiast zerwała się na równe nogi wzięła zieloną sukienkę i w pośpieszu opuściła pokój, wbiegajac prosto do łazienki.
O bosych stopach zeszła na dół. Dłonią rozczesła mokre jeszcze włosy, które pod wpływem wody poskręcały się bardziej niż zwykle. Wzięła głęboki wdech i do jej nozdrzy powędrował zapach świerzo upieczonego chleba. To właśnie tych domowych wypieków, zapachów brakowało jej w akademii. U podnóża schodów skręciła w prawo i weszła do niewielkiego pomieszczenia, gdzie ciemnobrązowe szafki ładie komponowały się z beżowymi ścianami i z okrągłym stołem w ciemnym kolorze; wokół, którego stały cztery żółte krzesła. W kuchni zastała krzątajacą się Charlotte. Swoje długie kruczoczarne włosy spięła w luźnego koka, z którego wysypały sie pojedynczae kosmyki. Ubrana w starą kwiecistą sukienkę i beżowy fartuch z śladami mąki, ugniatała ciasto. Pracowała z wielkim skupieniem, czego dowodem była mała podłużna zmarszczka na jej czole. Natalie zajęta podziwianiem swojej niańki, zapomianiała o feralnej desce w podłodze, która wydobyła z siebie nieprzyjemny odgłos. Charlotta podniosła głowę i uśmiechnęła się do dziewczyny pogodnie.
- Dzień dobry mon tournesol*, jak minęła ci noc?- zapytała Charlotta, wycierając w kracistą ścierkę brudne od ciasta dłonie.
Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie uwielbiała, gdy tak ją nazywano. Powracały wtedy do niej miłe chwile spędzone z matką. Jej uśmiech, słodki zapach, ciepło jej ramion, gdy kołysała ją do snu. Samotna łza spłynęła po jej bladym, piegowatym policzku. Opuszkami palców starła mokrą smugę. Wykrzywiła czerwone usta w delikatnym uśmiechu, gdy Charlotta postawiła przed nią półmisek owsianki i kubek ciepłej herbaty z cytryną. Niańka odwzajeminiła uśmiech i wróciła do ugniatania ciasta. Poprawiła koka ciemnych włosów, brudząc je przy tym odrobinę mąką. Natalie powolnie wkładała łyżkę jasnej papki do ust. Nigdy nie była miłoścniczką jedzenia, a tym bardziej bliżej niezidentyfikowanych mas. Przełknęła ostatni kęs, a przez jej ciało przeszedł dreszcz. Charlotta widząc drgnienie dziewczyny szybko przyłożyła jej brudną dłoń do czoła. Była przekonana, że Natalie jest przeziębiona. Zaziębiała się w zimnych murach szkoły. Podsunęła rudowłosej ciepłą herbatę, według niej napój ten był dobry na wszystko. Natalie upiła łyk z glinianego kubka i ponownie odsłoniła rząd równych zębów w kierunki niańki. Ta scena powtarzała się ilekroć dziewczyna jadła owsiankę.
-Wypij herbatę i zanieś to ojcu- powiedziała Charlotta, układając na mosiężnej tacy misę z owsianką, filiżankę kawy oraz dwie szklanki: jedną z wodą, a drugą z czterema pigułkami. -Dopilnuj, żeby je połknął- dodała, potrząsając drugą szklanką.
Natalie niemogąc doczekać się spotkania z ojcem jednym łykiem wypiła resztę herbaty, parząc sobie przy tym gardło. Odebrała od kobiety tacę i ostrożnie zaczęła wspinać się po schodach, tak by nie uronić ani kropelki nalanej dopełna kawy. Serce jej dostało pare nowych, bialutkich skrzydełek, które rosły z każdym jej krokiem. Nie mogła doczekać się spotkania z ojcem. Położyła tacę na prawej dłoni i drugą dwukrotnie zastukała w drzwi. Po chwili usłyszała za nich ciche
proszę i ostrożnie je otworzyła tak by nieprzewrócić żadnego z naczyń. Tak jak wczoraj mężczyzna siedział w bujanym krześle naprzeciwko okna. Przez dziewczynę przeszedł kolejny dreszcz, gdy zobaczyła pusty wzrok zielonych oczu. Ślepota ojca trwała już od paru lat, a dziewczyna wciąż nie mogła się do niej przyzwyczaić, nie była w stanie jej zaakceptować. W dalszym ciągu ją przerażała, wywołując niekontrolowane dreszcze.
-Natalie?- zapytał z nadzieją w głosie mężczyzna.
-Czy to ty?
-Tak tato.
-To dobrze, stęskniłem się za tobą- odparł odwracajac się w stronę głosu dziewczyny. Wciąż nie mógł uwieżyć, że jego mała córeczka wróciła. Jego maleństwo. Czy wciąż była taka mała jaką ja zapamiętał? A może już urosła?
-Przyniosłam ci śniadanie. Charlotta kazała cię przypilnować, żebyś połknął pastylki. Czyżbyś znów wyrzucał je przez okno?
-Roślinki też powinny być zdrowe.
Dziewczyna wybuchła śmiechem. Choć bardzo chciał, mężczyzna nie dołączył się do niej. Wsuchiwał się w jej melodyjny śmiech, odkąd stracił wzrok wszystkie inne jego zmysły wyostrzyły się. Miał doskonały słuch, potrafił usłyszeć wybuch bomby w najbliższym miasteczku. Dzięki udoskonalonym kubkom smakowym stał się, choć tak naprawde był nim od zawsze, najlepszym przyjacielem Charlotta. Pomagał jej w rozszyfrowaniu niepodpisanych słoiczków z przyprawami. Zaostrzony węch niezawsze był dla niego na korzyść. Nawet swoim pokoju czuł zapach kwiatów posadzonych pod jego oknem. Potrafił także wyczuć spalone wypieki Charlotty, co później trudno było mu przed nią zatuszować, gdy przynosiła mu świeże ciasteczka.
Wsłuchał się w śmiech córki, usiłował utrfalić go sobie w głowie i w chwili gdy Natalie na jesieni wróci do szkoły móc go sobie bez trudu odtworzyć. Gdy słyszał jej uroczy chichot powracały wspomiania. Widział małą roześmianą rudowłosą dziewczynkę uczącą się chodzić w ogrodzie pełnym krzewów, co chwila upadała na wiosenną trawę brudząc malinową sukieneczkę. Natychmiast do dziewczynki podbiegła rudowłosa kobieta, twarz jej była zamazana i szybko całą jej postać zakrył cień.
Czternastoletnia dziewczyna w zakrywającym prawie całe ciało, pasiastym stroju kąpielowym stała na piasczystym wzniesieniu. Zbiegała z niego ile sił w nogach z sznurkiem w ręce, do którego przymocowany był latawiec. Wiał delikatny wiaterek, a latawiec szybował pośród chmurami. Dziewczyna uśmiechnęła się promiennie, właściwie to uśmiech nie schodził z jej bladej buzi. Nagle oczy mężczyzny zaszły mgłą pomyślał, że to z powodu słońca, przymknął powieki, a jego świat już na zawsze zakryła ciemność. Już nigdy nie zobaczył uśmiechu córki.
-Tato!- zaniepokoiła się, widząc spływające po policzku ojca łzy.
-Nic mi nie jest skarbie. Poprostu ciesze się, że już jesteś.
Dobrze wiedział, że i tym razem na twarzy dziewczyny pojawił się piękny uśmiech.
*
-Pamiętasz jak mówiłam ci o Michelu?
-Pamiętam.
-Dwa razy zaprosił mnie na kawe do Gariot.
-Gariot? To jest to magiczne miasteczko, o którym mi kiedyś opowiadałaś?
-Tak, to samo.
-Mam nadzieje, że mu nie odmówiłaś.
-Przyjełam jego zaproszenia z nieskrywaną radością.
-Na kawe? Przecież ty jej nie pijasz.
-O też już o tym wie. Ale nie martw się. Zachowałam się jak dama, tak jak mnie uczyłasz. Zamówiłam herbate, a on nawet tego nie zauważył.
-Z pewnością bardzo był zajęty podziwianiem twojego piękna, niż patrzeniem na to co pijesz.
-Och, mamo. O jakim ty pięknie mówisz?
-O tym wewnątrz, mon tournesol. Mówię o twojej dobrej duszyce, która jest najpiękniejsza na świecie.
Dziewczyna leżała na trawie pod wielkim dębem. Słońce zbliżało się ku zachodowi, zostawiając ze sobą ochładzające się ciepło. W przerwach między liśćmi patrzyła na niebo, które co chwila zmieniało swoje kolory. Uwielbiała tą czerwień połączoną z pomarańczem, na której gdzieniegdzie zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy. Świecące punkciki jak co wieczór układały się we wzory.
To, mon tournesol jest gwiazdozbiór łabędzia. Ta gwiazda to Deneb, Altair i Wega. Mówiła jej matka, gdy pewnego lata leżały pod tym samym dębem. Długie rude włosy kobiety wiły się po całej trawie łącząc się z nieco krótszymi włosami jej cóki. Kilkuletnia dziewczynka czuła ciepło bijące z matczynego ciała. Wtuliła swoją główkę w ramię kobiety, wdychając jej słodki zapach.
Natalie obróciła się na bok. Nie czuła już nic; ani ciepła, ani zapachu. Matki już tu nie było. Dziewczyna usiadła, poprawiła lilie leżące na trawie i zaczęła schodzić z pagórka w kierunku domu. Zostawiła za sobą wgniecenie w trawie i kamienną tablicę z wyrytym napisem: "Aurelie Souriau-Peverell 1909-1934".
Po całym pokoju porozrzucane były pożółkłe ze starości kartki papieru. Ładne ozdobne papeterie z kopertami, na których widniały pieczęcie leżały na drewnianej podłodze. Czarnowłosa kobieta biegała po pomieszczeniu usiłując je wszystkie pozbierać. Co chwila posyłała siedzącemu na bujanym krześle mężczyźnie wzrok pełen niezrozumienia i zdenerwowania. Natalie stała w drzwiach pokoju nie mogąc wydobyć z siebie żadnego dźwięku. W ręce trzymała odpieczętowaną beżową koperę zaadresowaną do jej ojca, na kórej widniał herb rodu Peverellów i list zapisany starannym, eleganckim pismem.
Najdroższy Williamie.
Związku z twoją niesubordynacją i braku jakiegokolwiek szacunku dla naszych przodków. Nie pozostaje mi nic innego jak wydziedziczyć cię z naszej, od teraz mojej rodziny. Pozwalam ci zachować rodowe nazwisko twego ojca, a po mojej śmierci nie masz praw do majątku. Mam nadzieje, że ta mugolska dziewka i jej benkart zapewnią ci dostatne i szczęśliwe życie. Niegdyś twoja kochająca matka, Eleonora Peverell
-Natalie, chodź!- krzyknęła Charlotta wyciągając dziewczynę z pokoju pełnego niepozbieranych listów. Razem zeszły do kuchni gdzie w ciszy kobieta zaparzyła herbatę, postawiła kubek przed wciąż nieruchomą dziewczyną i usiadła naprzeciw niej. Charlotta była bardzo poddenerwowana jej oddech był nierównomierny, a przez całe jej ciało przechodziły dreszcze.
-Chcesz poznać całą prawdę?- zapytała kobieta.
Dziewczyna w odpowiedzi pokiwała delikatnie głową. W świetle świecy jej twarz była pełna smutku, goryczy i ciekawości.
-Jesteś tego pewna? Ta historia nie należy do najszczęśliwszych.
-Chce- odparła zdecydowanym głosem dziewczyna.
*mon tourneso- fr. mój słoncznik
Kwiecień-luty, aż tak dużo czasu niminęło. Ale jak wiele się zmieniło. Dziwie się, że ten blog nie został usunięty.
zapraszam na hogwardzką tenelowele uśmiech-emily
Ann, sobota, 6 lutego 2010